Zamknij Ta strona korzysta z ciasteczek aby świadczyć usługi na najwyższym poziomie. Dalsze korzystanie ze strony oznacza, że zgadzasz się na ich użycie.
MAN 2025

Talony na auta, czyli nauka cierpliwości

Udostępnij

Pamiętam, ale jeszcze nie z własnego doświadczenia, kiedy w naszym kraju były zapisy na samochody. Słynne talony. Zapisywał się człowiek i jak kania dżdżu wyczekiwał, kiedy będzie jego kolej, aby móc kupić wymarzony produkt z fabryki FSO lub FSM. Kiedy nareszcie, z reguły kilka lat później, otrzymywał talon i wciąż miał potrzebę motoryzacyjną, odbierał auto. To, że nie było w wymarzonym kolorze, że pewne elementy nie działały, było już całkowicie nieistotne. Potem wystarczyło zdobyć kolejne talony, tym razem na paliwo i cieszyć się jazdą. Dobra, jeżeli nie cieszyć, to przynajmniej jeździć. Czy ta sytuacja jest podobna do obecnej? Oczywiście! Jest niemal identyczna. Żeby kupić, chociaż firma finansowania z talonów wyewoluowała, trzeba mieć nie tylko pieniądze – i to coraz większe – ale przede wszystkim cierpliwość. Oczekiwanie na nowy samochód to, przy bardzo optymistycznych założeniach, kilka miesięcy i to tylko w przypadku, jeżeli zawierzymy słowom sprzedawcy. Tymczasem podczas rozmów z przedstawicielami importerów i dealerów coraz trudniej znaleźć w ich oczach wiarę w to, co sami mówią. Jeżeli przefiltrujemy informację o kilkumiesięcznym oczekiwaniu przez matrycę realizmu, oczekiwanie to już kilkanaście miesięcy. Idziemy do szanownej konkurencji i tam już w salonie widzimy, że dystans społeczny między modelami jest zachowany z olbrzymim zapasem. Było kilkanaście samochodów, są dwa. Nawet jeżeli odbędziemy sprint do któregoś, wypierając to, że nie takiego nadwozia, marki ani silnika szukaliśmy, to na 99% tylko po to, żeby na przedniej szybie znaleźć karteczkę – sprzedany. Nie ma wyjścia, potrzebujemy samochodów do pracy, więc odnajdujemy w sobie iskierkę ufności i zamawiamy samochody, bo przecież czymś nasi pracownicy jeździć muszą. Zamawiamy. Jeżeli chcemy tchnąć w pracowników salonu odrobinę radości, możemy nieśmiało wypowiedzieć słowo, które jeszcze rok temu rozbrzmiewało już od wejścia – rabat. Kiedy śmiech już umilknie, możemy podpisać zamówienie.

Tutaj kolejna analogia do czasów szczęśliwie minionych, kiedy (jeżeli) już te samochody przyjadą, mogą być w innym kolorze i nie mieć pewnych elementów, jakie w konfiguratorze na pewno zaznaczaliśmy. Tylko czy na pewno, to przecież było tak dawno. Możemy zrobić dwie rzeczy: wymachiwać przed nosem sprzedawcy swoim zamówieniem, żądać rekompensaty i podstawienia zgodnego ze specyfikacją samochodu. To odradzam, bo prawdopodobnie bylibyśmy nastą osobą tego dnia wymachującą swoim zamówieniem i żądającą rekompensaty. Warto więc podziękować i jeździć tym, co akurat udało nam się odebrać. Przy odrobinie szczęścia, jeżeli nasz samochód nie ma wszystkich elementów, będzie można je dołożyć w przyszłości. Jakiej? Na pewno niedalekiej.

Załóżmy jednak, że nie mamy na tyle cierpliwości i potrzebujemy samochodów tu i teraz. Tutaj także mamy dwie opcje. Pierwsza zakłada użytkowanie tych, jakie mamy. To oczywiście gwałt na wartości rezydualnej i kosztach serwisów, ale co zrobić. Jeżeli nie są to auta nasze, a firmy wynajmu, to możemy renegocjować warunki wynajmu i przedłużyć sobie okres użytkowania. Możemy także, co zdarza się coraz częściej, wykupić te samochody od firmy i sprzedać je z zyskiem. W ten sposób będziemy mieli gotówkę, aby nie móc za nią kupić samochodów. Możemy zdecydować się na wariant drugi, a więc poszukanie samochodów używanych. Tylko… no właśnie. Jeżeli kilkanaście miesięcy temu przebieraliśmy w takich ofertach, z góry odrzucając te, które nas nie interesowały, o tyle teraz nie za bardzo jest w czym przebierać. Wystarczy spojrzeć na place dealerów z używanymi autami, niczym pieńki po grzybach widać tylko puste miejsca, w których „jeszcze wczoraj” stały auta.

W tym miejscu powinna się pojawić jakaś trafna i zabawna pointa, nawiązująca do czasów PRL, talonów lub wykorzystania pustych salonów dealerskich do zrobienia zimowych ogrodów. Nie mam jednak ani pomysłu, ani czasu. Zamiast tego sprawdzę, o ile wzrosły ceny moich używanych samochodów od momentu, kiedy zacząłem pisać ten tekst.

Tomasz Siwiński

Przeczytaj również
Popularne