Zamknij Ta strona korzysta z ciasteczek aby świadczyć usługi na najwyższym poziomie. Dalsze korzystanie ze strony oznacza, że zgadzasz się na ich użycie.
FED 2026

Eee, Golf

Udostępnij

Stało się. Clarkson odszedł (opisuję skutek, nie formę) z Top Gear, a ja jeździłem samochodem na prąd. I to jak jeździłem. Spokojnie, jestem elektrosceptykiem. Z uporu, ciemnoty, z racji humanistycznego wykształcenia i negacji wszystkiego, co nowoczesne, nie lubię samochodów elektrycznych. Brzydzą mnie. Odrażają. Są jak nadpsute żylaste wieprzowe mięso na ladzie pełnej soczystych argentyńskich steków. W sumie urodziłem się już z mocno zakorzenionym w głębi mojego niemowlęcego ciałka przekonaniem, że nienawidzę samochodów elektrycznych. Nienawiść ta nie tylko nie ustępowała, co nawet potęgowała się z wiekiem. Z brzemieniem nienawiści wkroczyłem w wiek pacholęcy, następnie nastoletni, pełnoletni i dorosły. Ten ostatni w momencie, kiedy zrobiłem prawo jazdy.

Teraz mogłem nie tylko zintensyfikować moją nienawiść, ale nawet skanalizować ją na konkretnym obiekcie. Mijały lata i jeździłem przeróżnymi samochodami. Spalinowymi mniej, spalinowymi bardziej, spalinowymi najbardziej. Jeździłem hybrydami, ale wciąż nie stanąłem oko w oko z moim arcywrogiem – samochodem elektrycznym. W końcu nadarzyła się okazja. Pojawił się na horyzoncie przedstawiciel gatunku, który wpadł mi w łapy. Piękny, biały z bezczelnie zmrużonymi światłami. No, pomyślałem sobie. Ten świat jest za mały dla mnie i samochodów elektrycznych. Albo ja, albo on. Wprzódy pokornie wysłuchałem obłudnej prelekcji Tomka Tondera z PR-u Volkswagena. Nie winię go. Taką ma pracę. Musi zachwalać. Jednak mnie nie zdołał omamić. Swoje wiem. Zasiadłem i co? Odpaliłem? Nie! Ponieważ spalanie jakiejkolwiek substancji odbywa się przy współudziale jakiejś palnej substancji, a jego efektem są spaliny. O ile mi wiadomo, prąd się nie pali. Więc nie odpaliłem, a włączyłem samochód. Nawet nie kluczykiem. Guzikiem. Chyba działa, bo jakaś tam wskazówka drgnęła. Z obrzydzeniem dotknąłem lewarka… kolejny dylemat. Lewarka od czego, skoro nie ma skrzyni biegów. No jakiegoś pałąka, który nieudolnie naśladował lewarek prawdziwej skrzyni biegów. Ustawiłem falliczny pałąk w pozycji D, instynktownie szukając jakiejś wilgotnej ściereczki. Puściłem pedał hamulca i produkt golfopodobny niezgrabnie i bezszelestnie potoczył się przed siebie wyświetlając przekuriozalne komunikaty. Że pantograf rozłożony, że ładowanie, że rozładowywanie, że rekuperacja, że przy odpowiedniej koniunkcji planet zasięg wzrośnie do 50 km/h, pod warunkiem, że natychmiast rozpocznę ładowanie. A do czasu ładowania samochód sam się zatrzyma w wybranym przez niego miejscu. Elektrokoszmar.

I dokładnie tak to wyglądało. No, może w kilku miejscach były pewne nieścisłości, ale gwarantuję wam, że z grubsza… nie.

Niestety.

Oczywiście, że elektryczny Golf jest w polskich realiach samochodem całkowicie pozbawionym sensu. Z jednej prostej przyczyny – nasze państwo, skupione na JOW-ach, in vitro i sondażach, ma po prostu gdzieś rynek motoryzacyjny, a najgłębiej tego gdzieś ma samochody elektryczne. Tak, to jest jedyny powód. Nie niewielki zasięg, nie brak stacji ładowania, nie wysoka cena i zapewne niska wartość rezydualna. Nie, to wszystko są aspekty, które można zniwelować jedną mądrą ustawą. Ale po co?

Wracając do nieco przerysowanego obrazu e-Golfa (odsyłam do testu na stronę 76), to wciąż elektryczny samochód nie jest tym, po co pognałbym do salonu. Jednak taka jest przyszłość motoryzacji, a Golfem można normalnie, cicho i komfortowo jeździć. Hamowanie silnikiem i ładowanie baterii podczas jazdy cieszyło mnie, jak dawno nic innego. Z dumą pokazywałem kolegom wlew… gniazdko. Tryby pracy, zasięg itp. Bawiło mnie to auto i jazda nim była po prostu fajna. Gdyby państwo powiedziało mi: – Tomaszu, wiemy co prawda, że samochody elektryczne nie mają sensu ekologicznego, bo energia z gniazdek pochodzi ze spalania węgla i problem zużytych baterii się sam nie rozwiąże, jednak jeżeli kupisz sobie takie auto, masz za darmo autostrady, parkingi i 100% zwolnienia z podatku VAT.

Gdyby. Dlatego nie kupię elektrycznego samochodu. Ale gdybym kupował, byłby to Golf.

Tomasz Siwiński

Przeczytaj również
Popularne